Budzą.
Głos pełen wyrzutu
od samego rana
przepędza z łóżka.
Jedynej ciepłej
namiastki szczęścia.
Bezpieczeństwa.
Potem odprowadzają
nieufnym wzrokiem,
pilnując, by nie umknąć
im gdzieś po drodze
między kuchnią
i łazienką.
Trzeba się spieszyć.
trzeba spłukać pot
z wczorajszej skóry
i umyć splątane
wiatrem z przede dnia
włosy.
Ładnie się tu nie wygląda.
"Idziesz z nami?"
Pytanie dla
zachowania pozorów
wolnej woli pada.
Ja też padam.
"Nie idę"
"Słucham?"
"Butów szukam"
Dzisiaj uciekłam.
Przyspieszonym krokiem
zniknęłam im z oczu.
W zeszłym tygodniu
dali mi spokój.
Dwa wcześniej
przeczekałam w ukryciu
aż wyjdą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz